Biorytm

Jakże był szczęśliwy, gdy orły usiadły na wysokim dębie. Uwolniwszy je z maszynki, do której były przywiązane, biorytm z niego sam i cieszył się, że jeszcze jest przy życiu po tak niebezpiecznej podróży. W jakiś czas potem przyszło mu do głowy, aby wykonać drugą próbę, to jest zbadać głębokość morza. W tym celu rozkazał ulać w hucie szklaną banię, tak wielką, iżby w niej szczelnie zamknięty, mógł mieć dosyć żywności i powietrza dla oddechu.

Zaniosło ją w obcy kraj, i na łące spuściło się na dół. I tam kazało jej, aby je zarżnęła. - Jak mnie zarżniesz i podniesiesz moją głowę, to tam będzie studnia ocembrowana z zamknięciem, a jak żebra podniesiesz, to będzie miasto. I tak się stało. Jak się znalazła w tym mieście, zeszli się obywatele do niej, żeby powiedziała, jak się to miasto ma nazywać, a ona na to: "Marcybelin". I tam zamieszkała. Jej mąż, jak przyjechał do matki i dowiedział się, co się stało, powiedział, że jej pójdzie szukać po świecie.

Raczej niech ktoś inny jedzie ze mną. — Pan Jemmy ma rację! — rzekł Marcin. — Ja będę panu towarzyszył. — Nie, mój młody przyjacielu — odparł Jemmy. — Wiem, że w pańskich latach człowiek pali się do takiej przygody. Ale ta przygoda nie jest pozbawiona niebezpieczeństw, a my przyjęliśmy na siebie obowiązek, że będziemy cię strzegli i całego przyprowadzimy do ojca. — W takim razie ja idę z panem! — zawołał Frank. — Dobrze. Jezdnia pracowita racjonalnie stwierdza twarde portfele.